środa, 15 lutego 2017

Wiersz z cyklu Jeremiady:

Poeta  to matematyk, który potrafi równaniem wiersza
opisać otaczającą nas niewidzialną rzeczywistość.

Pytanie
(Jeremiady)

Skoro tancerza
nie wolno pozbawiać nogi,
chirurga ręki,
astronoma oka,
senseliera nosa
dlaczego  poecie

odbiera się życie?


sobota, 11 lutego 2017

Śmierć gwiazdy

Rozbłysnąć tuż przed końcem
jak umierająca gwiazda OH 231.8+04.2
sfotografowana teleskopem Hubble'a.
Jeśli słowo nie ma tej mocy,
to może lustr światła,
który oślepi na chwilę
i wpisze się w pamięć potomnym -
zanim zgaśnie.
Niczym rozbłysk gamma,
po którym nie pozostaje ślad,
jak po śmierci supergwiazdy

lub samotnego ducha.


środa, 8 lutego 2017


Kardynał

– Czy ksiądz przyjedzie na mój pogrzeb? – zagadnął mnie niespodziewanie kardynał Jose, Alonso Rodriguez.
– Z największą przyjemnością – odpowiedziałem, po czym wstałem i ruszyłem w stronę drzwi jego apartamentu, Kątem oka zauważyłem, że kardynał sięga po słuchawkę.
Ese tonto de no dejar hasta mi presencia  – usłyszałem, wychodząc.

                                                                    ***
Białe mury bazyliki pod wezwaniem świętego Józefa w San Jose niemal pękały, próbując pomieścić tysiące ludzi, którzy przybyli z całego świata, aby wziąć udział w pogrzebie słynnego kardynała. Przed świątynią pamiętającą jeszcze czasy Junipero Serry, ustawiono wielki telebim, na którym pokazywano przebieg uroczystości pogrzebowych.
Trumna ze zwłokami kardynała ustawiona była na katafalku przed ołtarzem Matki Boskiej z Guadelupe. Przy trumnie klęczały zakonnice, półgłosem zanosząc modlitwy.  W powietrzu unosił się zapach palonych świec oraz kadzidła poruszane przez falujące szaty przechodzących kanoników, prałatów i innych purpuratów. Wszędzie panowała cisza i chłód milczenia.
Nagle usłyszałem głos, który najwyraźniej dochodził od strony otwartej trumny. Co więcej, dałbym głowę, że był to głos kardynała:
– Jak ksiądz Leon uważa: gdzie należy pochować arcybiskupa San Jose?
Wywołany ksiądz podszedł do mikrofonu:
– Zgodnie z tradycją, miejscem pochówku biskupów diecezji San Jose jest krypta znajdująca się w podziemiach naszej bazyliki. Mamy jednak problem, bo krypta jest przepełniona. W przeszłości zdarzało się, że niektórych biskupów chowano w kościele misyjnym w Carmel. Może by zatem?...
– Tylko nie w Carmelu, tylko nie w Carmelu! – usłyszałem. – Czy ksiądz Eduardo pamięta, żeby pod głowę podłożyć mój ulubiony jedwabny jasiek?
– Pamiętam, eminencjo – odpowiedział potulnie zapytany.
„On żyje” – pomyślałem.
– On żyje – powtórzyłem półgłosem i podszedłem do mikrofonu.– On żyje i aranżuje swój własny pogrzeb – powiedziałem.

– Ile razy mam powtarzać, żeby tego durnia do mnie nie wpuszczać. Czy tutaj już nikt nie rozumie po hiszpańsku? – usłyszałem głos kardynała.


poniedziałek, 6 lutego 2017

sobota, 4 lutego 2017

Furman filozof

W latach sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia popularnym sposobem komunikacji w Polsce było „łapanie okazji”, podróżowanie „na łebka” lub jazda „na stopa”.
Byłem wówczas w pierwszej lub drugiej klasie liceum. Razem kolegą z klasy zerwaliśmy się wcześniej ze szkoły, aby pojechać do Wrocławia „na zakupy”. Naszym celem było nabycie białych adidasów, które dopiero co wchodziły na rynek i każdy szanujący się młodzieniec z prowincji – sportowiec, czy też nie – marzył o ich posiadaniu. Wśród awangardy młodzieży prowincjonalnej krążył taki oto wierszyk wytyczający trendy mody: „Adidasy, spodnie w pasy, kurtka szwedka i beretka”. Adidasy musiały być oryginalne, z trzema czarnym paskami, sprowadzane z Niemiec (najlepiej zachodnich), a takie można było kupić tylko  w sklepach sportowych, w dużych miastach.
Około południa stanęliśmy na ulicy Oleśnickiej – wylotowej rasie prowadzącej w kierunku Wrocławia z nadzieją zatrzymania ciężarówki, żuka lub nyski i tym sposobem dostania się do zaczarowanego świata spodni, kurtek i butów Adidas.
Pierwsza godzina minęła niespodziewanie szybko. Niestety żaden kierowca nie zwrócił uwagi na nasze machanie rękami i inne błagalne gesty.
– Może powinniśmy wyjść poza miasto? – zaproponował Leszek. – Tam będzie łatwiej coś złapać – dodał z nadzieją w głosie. A czas biegł.
– Idziemy! – powiedziałem i ruszyliśmy chodnikiem w kierunku szpitala miejskiego znajdującego się przy końcu ulicy Oleśnickiej. A czas biegł.
Nie dawaliśmy za wygraną. Szliśmy powoli dalej, raz po raz podnosząc rękę z nadzieją, że wreszcie znajdzie się taki, który się ulituje nad nami. A czas biegł.
Wkrótce minęliśmy nie tylko zabudowania szpitalne, ale także ostatnie budynki Nowego Dworu, wsi położonej około trzech kilometrów od Sycowa. A czas…
Za nami w dolinie leżało nasze miasto, z charakterystyczną wieżą kościoła świętych Piotra i Pawła, przed nami zaś… ukazał się piękny widok zachodzącego słońca – robiło się późno, poczuliśmy chłód.
Wtem zza zakrętu ukazała się furmanka zaprzężona  w jednego konia, która jechała w kierunku Sycowa. Woźnica zatrzymał wóz, spojrzał na nas i powiedział:
– One, ch...e, som chętne. – Po czym przeciął batem powietrze i odjechał.

– On chyba ma rację. Może jutro nam się poszczęści? – powiedział Leszek i ruszyliśmy w ślad za furmanem – filozofem do domu.


czwartek, 2 lutego 2017

Gitanjali. Pieśni ofiarne. Rabindranath Tagore.
Tłumaczenie Leszek Bartoszewski

Pieśń XII

Długo trwa moja podróż, przebyłem daleką drogę.

Pojawiłem się na rydwanie z pierwszym błyskiem światła i powoziłem nim poprzez bezdroża światów, zostawiając ślad na wielu gwiazdach i planetach.

Najtrudniejsza jest ta droga, która przez samotność i kręte ścieżki wiedzy prowadzi do całkowitej prostoty.

Wędrowiec musi pukać do wszystkich nieznanych drzwi i przejść nieznane światy, aby odnaleźć swój własny i na koniec dotrzeć do wewnętrznego przybytku.

Moje oczy spoglądały daleko i rozglądały się w koło, zanim zamknąłem je i powiedziałem: „Oto tu jesteś!”


Pytania i wołania: „Gdzie?” wylały się tysiącem strumieni łez i zatopiły świat w powodzi zapewnienia: „Jestem!”