niedziela, 5 marca 2017

Sąd Ostateczny

Kiedy stanąłem przed Najwyższym,
(niech imię Jego będzie błogosławione na wieki)
i wyciągnąłem ku Niemu dłonie,
Jahwe spojrzał na moje życie,
przeciekające pomiędzy palcami
i powiedział:
za twoje radości i cierpienia,
za niespełnione obietnice
i sprzedane nadzieje,
za zdrady ideałów i przyjaciół,
za kłamstwa prowadzące do celu,
za miłości zapomniane,
za samotność, biedę i cierpienie,
za wiersze, które napisałeś
i za te, które pozostawiłeś zranione
oraz za to, że jadałeś w piątek mięso,
mogę ci dać…

tylko pół wieczności.


niedziela, 26 lutego 2017


Czereśniowy sad

Na Ziemiach Odzyskanych, które po 1945  roku znalazły się w granicach Polski, ukrytych było wiele skarbów. Raz po raz słyszało się o odnalezionych obrazach znanych mistrzów lub odkopaniu skrzyń z biżuterią i złotem. Dla nas, kilkunastoletnich chłopców, prawdziwym skarbem pozostawionym przez Niemców były sady owocowe. Wokół miast i miasteczek na Dolnym Śląsku rosło ich pełno. Wystarczyło wsiąść na rower, by  po kilkunastu minutach znaleźć się w środku owocowego raju. W tamtych czasach sady te nie były ogrodzone, tak że dostęp do drzew był stosunkowo łatwy, a my byliśmy tak szybcy na swoich rowerach, że żaden gospodarz nie był w stanie nas doścignąć. Nic dziwnego, że sady kusiły nas i żadne napomnienia rodziców ani nauki księdza wikarego w konfesjonale – nie były w stanie nas powstrzymać od wypadów na czereśnie.
Było to w czerwcu tysiąc dziewięćset sześćdziesiątego któregoś roku. Razem z Tadkiem, którego, nie wiedzieć czemu, nazywaliśmy Kobą, i Józkiem znanym z tego, że wywoływany do odpowiedzi zaczynał się jąkać, wybraliśmy się rowerami do pobliskiej wioski o nazwie, nomen omen,  Wioska – „na czereśnie”. Józek miał na sobie nowe spodnie uszyte z płótna żaglowego – krzyk ówczesnej mody.
Po przybyciu na miejsce, upatrzyliśmy dużą, rozłożystą czereśnię, rosnącą tuż przy drodze i obsypaną hojnie bordowymi owocami. Położywszy rowery w pobliskim rowie, wdrapaliśmy się na drzewo i rozpoczynając od najniższych gałęzi przesuwaliśmy się w górę, ogołacając niczym szpaki gałąź za gałęzią.  Najwyżej wspiął się Józek, który był z nas najmniejszy, a zatem i najlżejszy i nie bał się, że gałąź się pod nim załamie.
Po kilkunastu minutach, gdy drzewo było niemal pozbawione owoców, zauważyliśmy, że od strony zabudowań zbliża się do nas szybkim krokiem jakaś postać. Z dostrzeżonych gestów i usłyszanych fragmentów słów, a właściwie przekleństw docierających do nas zrozumieliśmy, że to musi być właściciel sadu.
– W nogi! – krzyknął Koba.
– Je…  je…  je…  jeszcze chwileczkę – próbował zatrzymać nas Józek, który właśnie dotarł do szczytu drzewa i wypychał kieszenie swoich nowych spodni największymi okazami.
Ponieważ byłem najniżej, zeskoczyłem z gałęzi, dopadłem rower i, nie oglądając się za siebie, zacząłem pospiesznie oddalać się z miejsca „przestępstwa”. Podobnie zrobił Koba, którego oddech słyszałem tuż za plecami.
Po oddaleniu się na bezpieczną odległość, zatrzymaliśmy się i spojrzeliśmy w stronę drzewa, na którym zostawiliśmy naszego kolegę. Ku naszemu przerażeniu pod drzewem stał gospodarz, trzymając w ręku coś, co z daleka przypominało widły.
– Złaź z tego drzewa! – usłyszeliśmy groźny głos.
– Ni… ni… nie… nie… nie zejdę – Wyjąkał Józek.
– Złaź, nic ci nie zrobię – kusił gospodarz.
– Ni… ni… nie… nie… nie wierzę panu – drżącym głosem jąkał Józek.
– Złaź, bo pójdę po psa! – groził właściciel czereśniowego sadu.
– Ni… ni… nie… nie… niech p… p…  pan przysięgnie, że nic mi nie zrobi – próbował negocjować nasz kolega.
– Schodź już, bo się wkurzę! – Krzyczał gospodarz wygrażając widłami.
Wreszcie Józek zszedł i stanął twarzą w twarz z gospodarzem. Ten przyjrzał mu się uważnie i zapytał:
– Jak się nazywasz?
– Jó…  Jó…  Józek.
– Widzisz Józek, nie chodzi mi o te czereśnie, ale po coś tam właził? – powiedział  właściciel, po czym podszedł do niego i ścisnął kieszenie wypchane czereśniami.
Kiedy Józek wreszcie wypuszczony „z niewoli” przyszedł do nas, wyglądał jak wiarus zraniony w obie nogi, a właściwie w obie kieszenie.
– Matka mnie  zabije! – szlochał, spoglądając raz po raz na swoje zabrudzone czereśniowym sokiem spodnie.
– A najgorsze, że spuścił ci powietrze z obu kół – skomentował całą sprawę Koba.





piątek, 24 lutego 2017

Epitafium wynalazcy wehikułu czasu
(Jeremiady)

Tu spoczywa człowiek, który
odkrył tajemnicę czasu.
Noce dzielił między poezję i kobiety,
dni święte poświęcał Bogu.
Żył, jak wielu żyło.
Zmarł,

i tym różni się od innych.


sobota, 18 lutego 2017

Wyścig Pokoju

W latach pięćdziesiątych, sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego stulecia, chyba najpopularniejszym sportem w Polsce było kolarstwo.
Kto z nas, nieletnich wówczas chłopaków jeżdżących na zdezelowanych, często poniemieckich rowerach nie znał Stanisława Królaka, pierwszego Polaka, który wygrał Wyścig Pokoju i o którym krążyła legenda, że zatrzymywany za koszulkę przez radzieckiego kolarza zdzielił go pompką od roweru?
Kto nie śpiewał piosenki opiewającej innego bohatera tamtych czasów Staszka Gazdę: „Lato, lato, już po lecie. Staszek Gazda już na mecie. / Na zakręcie dodał gazu, aż się znalazł na cmentarzu. / Na cmentarzu wielkie krzyki, bo się biją nieboszczyki. / Staszek Gazda wziął patyka i przetrącił nieboszczyka. / A nieboszczyk wpadł do grobu i powiedział: «Chwała Bogu»”?
Kto z nas „nie był” chociaż raz Szurkowskim albo Szozdą?
W siódmej lub ósmej klasie podstawówki postanowiliśmy wraz z kolegami zorganizować nasz mały Wyścig Pokoju. Do wyścigu zgłosiło się ośmiu kolarzy (moich kolegów szkolnych), z których najlepszy był Krzysiek zwany „Kiniem”, który był nie tylko najlepszym atletą, ale posiadał też najlepszy rower z przerzutkami o nazwie Huragan.
Wyścig składał się z pięciu etapów, po kilka kilometrów każdy, i odbywał się dookoła naszego miasta. Jeden z nich rozgrywał się na trasie: Syców-Pisarzowice-Syców.
Jeszcze przed startem zauważyłem, że nieopodal linii startu zatrzymał się czarny volkswagen, a jego pasażerowie pilnie nam się przyglądają.
Kilka minut po rozpoczęciu wyścigu, wraz z Józkiem  moim kolegą i pomocnikiem, usiedliśmy w rowie, wpatrując się uważnie w pożyczony od  naszego wuefisty stoper i omawiając szanse poszczególnych kolarzy. Nagle podszedł do nas człowiek z volkswagena i powiedział:
        Entschuldigen Sie mich, bitte, daβ ich Sie störe, aber… Wir überlegten, ob Sie eventuell einen Sportverein oder eine andere Organisation repräsentieren?
Język niemiecki był mi wówczas zupełnie nieznany. Na szczęście okazało się, że Józek, który pochodził z rodziny autochtonów potrafił się porozumieć w tym języku. Bez wahania więc odpowiedział:
– Nein, wir allein sind Organisatoren dieses Rennen.
Obcy przyjrzał się nam z zainteresowaniem.
        Es ist interessant. Kann man bei dem Rennen was gewinnen?
        Nein, es gibt keinen Preis – odpowiedział Józek.

 – In diesem Fall würden wir gerne erste drei Preise finanzieren – powiedział nieznajomy i otworzył portfel, z którego wyjął trzy banknoty: jeden o nominale dwudziestu i dwa dziesięciomarkowe. Czterdzieści marek zachodnioniemieckich było wówczas dla nas fortuną. Tyle mniej więcej wynosił miesięczny zarobek mojej matki.
– Podziękuj  i zapytaj skąd oni są – poprosiłem Józka.
– Woher kommen Sie, meine Herren? – zapytał Józek.
– Wir kommen aus Baden-Baden – odpowiedział nieznajomy. – Und ihr, Jungs? Woher kommt ihr?
– Wir kommen aus Sycow Sycow und wir können auf Ihr Scheißgeld verzichten – odpowiedział dumnie Józek.
Niemiec odwrócił się na pięcie i odszedł mamrocząc coś pod nosem.
Kiedy później zapytałem Józka dlaczego tak się zachował, odpowiedział rozbrajająco szczerze:

– Po prostu nie lubię Niemców.


piątek, 17 lutego 2017

Miło jest mieszkać w takim mieście.

Gdańsk, jako jedyne miasto z Polski, znalazł się na podium prestiżowego konkursu "European Best Destination 2017". Konkurował m.in. z Paryżem, Wiedniem, Londynem czy Porto. "Nie ma drugiego takiego miasta jak Gdańsk. Inne co najwyżej je przypominają" - czytamy w uzasadnieniu.