środa, 19 kwietnia 2017

Pieśni Ofiarne. Rabindranath Tagore - w moim tłumaczeniu.

Pieśń 48

Szliśmy drogą, nie bacząc na nic. Poranne morze ciszy zamieniło się w ptasi koncert. Obok nas kwiaty radośnie obsypały pobocze drogi, a chmury skropione zostały złotem.

Nie śpiewaliśmy radosnych pieśni, nie bawiliśmy się; nie zachodziliśmy do wsi,  by cokolwiek kupić; nie zamieniliśmy słowa ani uśmiechu; nie przystawaliśmy w drodze. Szliśmy szybciej i szybciej.

Słońce wspięło się na szczyt nieba, a gołębie gruchały w cieniu. Zwiędłe liście wirowały w gorącym powietrzu. Pastuszek zasnął w cieniu drzewa bohdi i ja przystanąłem nad wodą, i położyłem się na trawie.

Moi towarzysze podróży lekceważąco patrzyli i śmiali się ze mnie; z podniesionymi wysoko głowami spieszyli się, nie oglądając się za siebie, nie odpoczywając, i wkrótce zniknęli w błękitnej mgle.
Przeszli przez wiele łąk i wzgórz i minęli wiele dziwnych, dalekich krajów. Wszystko po to, by oddać cześć Tobie, Gospodarzu niekończącej się drogi!

Kpina i wyrzuty chciały zmusić mnie do wstania, ale zlekceważyłem je.
Poddałem się bez walki głębokiemu rozważaniu szczęśliwego upokorzenia w cieniu przyćmionej radości.

Pokładający się, haftowany słońcem zielony mrok powoli wypełniał moje serce.
Zapomniałem, po co wędrowałem, i bez oporu zanurzyłem swój umysł w labirynt cieni i pieśni.

Wreszcie, kiedy ocknąłem się z drzemki i otworzyłem oczy, zobaczyłem Ciebie stojącego i uśmiechającego się do mnie.

Dlaczego zamartwiałem się, że droga do Ciebie jest długa i nużąca, a walka, aby Cię odnaleźć, trudna?


poniedziałek, 17 kwietnia 2017


Niecodziennym odkryciem może się pochwalić dr Jan Krzysztof Koperta, wykładowca mediewistyki na uniwersytecie w Kolbudach.
Badając Roczniki, czyli Kroniki Sławnego Królestwa Polskiego Jana Długosza, natknął się na nieznany dotychczas fragment opisujący początek bitwy pod Grunwaldem. Pod opisem znajdowała się rycina autorstwa Diebolda Schilinga przedstawiająca ten fragment bitwy.
Zapraszamy do przeczytania artykułu autorstwa wyżej wymienionego naukowca, w którym przybliża sensacyjne odkrycie.


Bitwa pod Grunwaldem

Nazwa artyleria wywodzi się z włoskiej arte de tirare (sztuki strzelania), terminu ukutego przez matematyka i jednego z pierwszych teoretyków artylerii, Niccolo Tartaglię. Większość historyków wojskowości przyjmuje, że termin ten obejmuje również stosowane w starożytności i wczesnym średniowieczu onagery, trebusze czy balisty oraz znany od VII wieku − ogień grecki.
W XV wieku broń artyleryjska była jeszcze mało znana, niemniej armia krzyżacka stawająca w 1410 roku do bitwy z połączonymi siłami Polsko - Litewskimi była w posiadaniu armat. Ich konstruktorem był sam Wielki Mistrz Ulrych von Jungingen. Ich skuteczność nie była wielka, lot kamiennych kul można było dostrzec gołym okiem.
Wiedząc o tym król Władysław powołał do życia specjalny oddział nazwany z łacińska: aucupibus lapides (łapacze kul). Składał się on z dwudziestu rosłych  Żmudzinów (każdy mierzący ponad siedem stóp (ponad 2 metry)i ważący więcej niż pięćset grzywien (100 kg). Odziani byli w lekką skórzaną zbroję, a to do sprawnego poruszania się. Uzbrojeni byli w łapaczki kul (długie drewniane tyczki zakończone koszykami z łańcucha). Oddziałem tym dowodził Żmudzin Dauksza z Giełgudyszek.
A oto jak początek bitwy opisuje piętnastowieczny historyk Jan Długosz:
Krzyżacy na próżno usiłowali podwójnym wystrzałem z bombard porazić i zmieszać oddziały polskie, bowiem król Władysław przewidziawszy taki obrót spraw, oddział żmudzkich aucupibus lapides wysłał wprzódy, a ci kule owe wyłapali skacząc sprytnie w górę i łapkami żelazowymi ku ziemi je ściągnęli. Wiele radości tym gawiedzi przysporzywszy, która to na sześć wysokich dębów, powłaziła i obsiadła ich gałęzie - by oglądać z góry pierwsze starcie oddziałów i los jednego i drugiego wojska.
Tak oto skończyło się pierwsze w historii użycie w bitwie Pixis (armat odlanych z brązu i strzelających z kul kamiennych).
                                                                

Dr Jan Krzysztof  Koperta – Uniwersytet w Kolbudach


(Kroniki historyczne kwiecień 2017, vol. CCCXXIII)




sobota, 15 kwietnia 2017

Nie umiem być srebrnym aniołem
Ni gorejącym krzakiem
Tyle Zmartwychwstań już przeszło
A serce mam byle jakie

Na Wielkanoc chciałbym życzyć, żebyśmy szukając odpowiedzi na pytania:
Po co się urodziłem?
Po co żyję?
Dlaczego ucieka mi doczesne szczęście?
Dlaczego cierpię?

Dlaczego umieram? – stale przypominali sobie Jezusa zmartwychwstałego.


piątek, 14 kwietnia 2017

Wielki Piątek, wiec czas porozmawiać o śmierci.

Śmierć nie przychodzi wraz ze starością, lecz z zapomnieniem, może właśnie dlatego piszę, żeby ludziom przypomnieć, że wciąż tutaj jestem.
W jednym z moich wierszy rabi Nahman przekonywał mnie, że powinienem być chidusz – nieustannie młody. Być młodym, to umieć zakochiwać się wciąż na nowo, mimo upływu lat. Ludzie są w błędzie, myśląc, że nie warto się zakochać na starość. Nie wiedzą bowiem, że starzeją się właśnie dlatego, iż unikają miłości!
Wszyscy chcą żyć na wierzchołku góry, zapominając, że prawdziwe szczęście kryje się w samym sposobie wspinania się na górę.
Zawsze jest jakieś jutro i życie daje nam możliwość zrobienia dobrego uczynku, ale jeśli się mylę, i dzisiaj jest wszystkim, co mi pozostaje, chciałbym ci powiedzieć jak bardzo cię kocham i że nigdy cię nie zapomnę.
Jutro nie jest zagwarantowane nikomu, ani młodemu, ani staremu. Być może, to dzisiaj patrzysz po raz ostatni na tych, których kochasz. Dlatego nie zwlekaj, uczyń to dzisiaj, bo jeśli się okaże, że nie doczekasz jutra, będziesz żałował dnia, w którym zabrakło ci czasu na jeden uśmiech, na jeden pocałunek, że byłeś zbyt zajęty, by przekazać im ostatnie życzenie.

Bądź zawsze blisko tych, których kochasz, mów im głośno, jak bardzo ich potrzebujesz, jak ich kochasz i bądź dla nich dobry, miej czas, aby im powiedzieć "jak mi przykro", "przepraszam", "proszę", dziękuję" i wszystkie inne słowa miłości, jakie tylko znasz. Nikt cię nie będzie pamiętał za twoje myśli sekretne. Proś więc Pana o siłę i mądrość, abyś mógł je wyrazić. Okaż swym przyjaciołom i bliskim, jak bardzo są ci potrzebni. Prześlij te słowa komu zechcesz. Jeśli nie zrobisz tego dzisiaj, jutro będzie takie samo jak wczoraj. I jeśli tego nie zrobisz, nigdy nic się nie stanie. Teraz jest czas. Pozdrawiam i życzę szczęścia!


środa, 12 kwietnia 2017

Dzisiaj Judaszki.
Wielka Środa to dzień, w którym chrześcijanie wspominają sprzedanie Jezusa Chrystusa przez Judasza za 30 srebrników.
W tradycji ludowej obchodzono tak zwane Judaszki . Zwyczaj ten miał przypominać o zdradzie Judasza.
Judaszki polegały na niszczeniu, wieszaniu i paleniu Judasza. Kilkanaście wybranych osób robiło ze szmat, (najczęściej workowego płótna), kukłę wypchaną słomą, która miała symbolizować Judasza. Następnie ją sądzono, biczowano, a na końcu palono. W okolicach Gorlic Judaszki to zwyczajowe sprzątanie obejścia. Tego dnia chłopi grabili śmieci oraz uprzątali gospodarstwo po zimie. Judaszki to również nazwa wieczornego ogniska.
W Wielką Środę po ostatniej mszy świętej usuwa się z naczyń wodę święconą.


czwartek, 6 kwietnia 2017

Ojciec January (Splątanie czasu. Harmonia. 2016)
W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
                                             Ignacy Krasicki (Monachomachia)

Wiadomość o przeniesieniu na inną placówkę zastała mnie na plebani podczas obiadu odpustowego ku czci Judy Tadeusza – świętego od spraw beznadziejnych.
Listonosz, podając mi list, dziwnie się uśmiechał i raz po raz puszczał oko do stojącego nieopodal prałata, który zajadał się szarlotką z bitą śmietaną – specjalnością pani Heleny, gospodyni parafialnej, nazywanej powszechnie przez parafian i księży „szefową”.
Treść pisma była następująca: „Z dniem 14 czerwca przenosimy Waszą Wielebność do ośrodka Ojca Januarego. W ramach przenosin wolno Waszej Wielebności zabrać ze sobą jeden ręcznik kąpielowy”. Pod tekstem widniały dwie pieczęcie kurialne, w tym jedna okrągła, przedstawiająca głowę świętego Jana Chrzciciela na tacy oraz podpis kanclerza.
– Ten ośrodek przeznaczony jest dla dzieci i młodzieży z biednych rodzin kaszubskich i ulokowany jest tuż przy przystani nad jeziorem Wdzydze, kilka kilometrów stąd – odezwał się prałat, nie przerywając jedzenia i wskazując widelcem w kierunku północnym, gdzie, jak sądziłem, miałem odnaleźć wspomniany obiekt.
Po kilku minutach jazdy zobaczyłem budynki dawnego ośrodka FWP, teraz wyremontowanego i przekazanego Kościołowi na cele charytatywne. Nad wejściem do obiektu widniał wymalowany czerwoną, odblaskową farbą napis: „Ośrodek Ojca Januarego”.
–  Tu będziesz spał – powiedział ubrany w biały habit brat zakonny i wskazał składane łóżko ustawione w kącie dużej jadalni.
– A co z moimi książkami, komputerem, rzeczami osobistymi…? – zapytałem.
– Możesz mieć tylko ręcznik, nie poinformowano cię? – odpowiedział brat. Po czym odwrócił się przez lewe ramię i, unosząc habit, pobiegł na pomost, z którego, wbrew zakazowi, młodzi Kaszubi skakali na główkę do jeziora.
– I co ty na to? – zapytałem stojącego obok mnie biskupa Zdzisława. – Przecież tutaj nie ma nawet łazienki i toalety – dodałem.
– Takie rzeczy należy załatwiać od ręki – odpowiedział biskup, po czym zaczął rozpinać fioletową sutannę. –  Zawołajcie mi tutaj ojca Januarego – odezwał się, pozbywszy się szaty.
W chwili, gdy do jadalni wszedł przywoływany duchowny, biskup rzucił się na niego, dusząc go i okładając pięściami.
– I tak nie zmienię swojej decyzji – wycharczał duszony zakonnik. – Czy nie rozumiesz, że tylko ty jeden jesteś w stanie upilnować chłopców, kiedy jerudny, notarelny satelta stanie w pełni – dodał, nie wiadomo dlaczego po kaszubsku.