piątek, 9 grudnia 2016

Kolejne wyróżnienie:

PROTOKÓŁ Z posiedzenia Jury XII Ogólnopolskiego Konkursu Literackiego pod hasłem: Zbiorę wszystkich przyjaciół i serce przed nimi otworzę, bo doprawdy czy warto inaczej na ziemi tej żyć… (Bułat Okudżawa). KONKURS został zrealizowany w ramach projektu: „LITERATURA W TRZECH AKTACH” – działania na rzecz popularyzacji literatury i rozwoju kompetencji kulturalnych mieszkańców regionu W dniu 22 października 2016 roku Jury w składzie: Anna Baśnik, Lech Lament- po rozpatrzeniu 105 zestawów nadesłanych wierszy, postanowiło przyznać nagrody w następujących kategoriach:

Wyróżnienia- druk wierszy w tomiku pt. „Literatura w trzech aktach” za wyróżniający się wiersz w zestawie przyznano: LESZEK BARTOSZEWSKI - godło Bartek44/ GDAŃSK



czwartek, 8 grudnia 2016

Władzio

Było to po skończeniu drugiego roku studiów. Z głową nabitą wiedzą, będąc przekonany o swoich zdolnościach pedagogicznych, postanowiłem „dorobić” jako wychowawca na koloniach. Praca nie była zbyt intratna, ale i nie wydawała się ciężka.
Kierownik kolonii przydzielił mi najstarszą grupę chłopców, która przyjęła nazwę „szalone kojoty” i, jak wkrótce miało się okazać, nie była to nazwa przypadkowa. Chłopcy zachowywali się jak pustynne wilki, zwłaszcza po zapadnięciu zmroku. Żadne moje słowa, żadne metody polecane przez światowe sławy pedagogiki nie były w stanie powstrzymać wycia „szalonych kojotów”. Spośród nich wyróżniał się Zdzisio – wyrośnięty, rudowłosy siódmoklasista, nazywany przez kolegów, nie wiedzieć dlaczego, „hrabią”.
Któregoś dnia wybraliśmy się całą grupą do lasu, aby tam, na łonie przyrody, uczyć się poznawać jego mieszkańców i ich zwyczaje. Kiedy dotarliśmy do śródleśnej polanki, pomyślałem, że będzie ona świetnym miejscem na leśną szkołę i zarządziłem postój. Zajęty rozkładaniem biwaku nie zauważyłem, że „hrabia” podbiegł do stojącej opodal brzozy i zaczął się wspinać po jej gałęziach.
Zobaczywszy to, inne „kojoty” zaczęły wyć ze śmiechu i domagać się, żeby i im na to pozwolić. Patrząc na drzewo z „hrabią” na jego czubku, stałem przerażony, a moja wyobraźnia zaczęła podsuwać mi obrazy tragedii, która się za chwilę może wydarzyć, a także sceny z sali sądowej i celi więziennej, w której spędzę resztę życia za niedopilnowanie podopiecznego.
Zdzisiu, zejdź natychmiast – krzyknąłem przerażony.
Nie zejdę – odpowiedział zdecydowanym głosem „hrabia” i zaczął bujać się, nie zważając na niebezpieczeństwo.
Postanowiłem wypróbować znaną i podobno skuteczna metodę pedagogiczną kar i nagród.
Zejdź, bo spadniesz i się zabijesz – zacząłem.
Nie ma mowy – usłyszałem głos dobywający się z wierzchołka drzewa.
Zejdź, to dostaniesz dodatkowy deser – próbowałem.
Nie zejdę, chyba że mi pan powie, jak ma na imię – odpowiedział spokojnym głosem.
No dobra, mam na imię Władysław – skapitulowałem.
Władek, bujaj się ch…u – usłyszałem z korony drzewa głos „hrabiego”.

I była to moja pierwsza w życiu pedagogiczna porażka.


środa, 7 grudnia 2016

Mała Miłość

Była godzina 23:15, kiedy usłyszałem pukanie.
– Kto tam? – zapytałem.
– Mała Miłość – odpowiedział ciepły, kobiecy głos. – Czy to pan dzwonił do mnie w ubiegłym tygodniu? Przepraszam, że nie mogłam przyjść wcześniej. Byłam bardzo zajęta. Rozumie pan, wiosna tuż, tuż…
Zaintrygowany uchyliłem drzwi. Weszła, nie czekając na zaproszenie. Ciekawie rozejrzała się po moim mieszkaniu.
– Tutaj, w tym małym pokoju będę mieszkała – oświadczyła głosem nieznoszącym sprzeciwu. Weszła do sypialni i zamknęła za sobą drzwi.
Próbowałem zaprosić ją na herbatę. Proponowałem drinka. Nie odezwała się ani słowem.
Dzisiaj mija trzecia doba, jak wprowadziła się do mnie. Nadal nie odzywa się, nie wychodzi z pokoju, nie daje znaku życia. Na wszelki wypadek nie wychodzę z domu. Boję się, że kiedy wreszcie opuści „swój pokój” i nie zastanie mnie, odejdzie bez słowa – na zawsze.
Ale między nami mówiąc, bardziej obawiam się, że kiedy wyjdę, ona po prostu okradnie mnie z moich uczuć, jak to już robiła wiele razy – Mała Oszustka.


poniedziałek, 5 grudnia 2016

Zapachy świata
(z Trenów Jeremiasza)

Czy świat będzie pachniał tak samo,
kiedy odejdę na zawsze?
Czy fiołek będzie mniej fiołkowy,
a Stokrotka trwała (Bellis perennis) – mniej trwała?
Wmówiono mi, że jestem częścią świata
i że na nim pozostawiam wiele śladów i zapachów.
Ale jak mam w to wierzyć,
skoro nawet mój własny cień właśnie mnie zdradził
i jedyne, co za mną chadza,
to cień pająka.


niedziela, 4 grudnia 2016

Ojciec January

W mieście, którego nazwiska nie powiem,
Nic to albowiem do rzeczy nie przyda;
Było trzy karczmy, bram cztery ułomki,
Klasztorów dziewięć i gdzieniegdzie domki.
                                             Ignacy Krasicki (Monachomachia)

Wiadomość o przeniesieniu na inną placówkę zastała mnie na plebani podczas obiadu odpustowego ku czci Judy Tadeusza – świętego od spraw beznadziejnych.
Listonosz, podając mi list, dziwnie się uśmiechał i raz po raz puszczał oko do stojącego nieopodal prałata, który zajadał się szarlotką z bitą śmietaną – specjalnością pani Heleny, gospodyni parafialnej, nazywanej powszechnie przez parafian i księży „szefową”.
Treść pisma była następująca: „Z dniem 14 czerwca przenosimy Waszą Wielebność do ośrodka Ojca Januarego. W ramach przenosin wolno Waszej Wielebności zabrać ze sobą jeden ręcznik kąpielowy”. Pod tekstem widniały dwie pieczęcie kurialne, w tym jedna okrągła, przedstawiająca głowę świętego Jana Chrzciciela na tacy oraz podpis kanclerza.
– Ten ośrodek przeznaczony jest dla dzieci i młodzieży z biednych rodzin kaszubskich i ulokowany jest tuż przy przystani nad jeziorem Wdzydze, kilka kilometrów stąd – odezwał się prałat, nie przerywając jedzenia i wskazując widelcem w kierunku północnym, gdzie, jak sądziłem, miałem odnaleźć wspomniany obiekt.
Po kilku minutach jazdy zobaczyłem budynki dawnego ośrodka FWP, teraz wyremontowanego i przekazanego Kościołowi na cele charytatywne. Nad wejściem do obiektu widniał wymalowany czerwoną, odblaskową farbą napis: „Ośrodek Ojca Januarego”.
–  Tu będziesz spał – powiedział ubrany w biały habit brat zakonny i wskazał składane łóżko ustawione w kącie dużej jadalni.
– A co z moimi książkami, komputerem, rzeczami osobistymi…? – zapytałem.
– Możesz mieć tylko ręcznik, nie poinformowano cię? – odpowiedział brat. Po czym odwrócił się przez lewe ramię i, unosząc habit, pobiegł na pomost, z którego, wbrew zakazowi, młodzi Kaszubi skakali na główkę do jeziora.
– I co ty na to? – zapytałem stojącego obok mnie biskupa Zdzisława. – Przecież tutaj nie ma nawet łazienki i toalety – dodałem.
– Takie rzeczy należy załatwiać od ręki – odpowiedział biskup, po czym zaczął rozpinać fioletową sutannę. –  Zawołajcie mi tutaj ojca Januarego – odezwał się, pozbywszy się szaty.
W chwili, gdy do jadalni wszedł przywoływany duchowny, biskup rzucił się na niego, dusząc go i okładając pięściami.
– I tak nie zmienię swojej decyzji – wycharczał duszony zakonnik. – Czy nie rozumiesz, że tylko ty jeden jesteś w stanie upilnować chłopców, kiedy jerudny, notarelny satelta stanie w pełni – dodał, nie wiadomo dlaczego po kaszubsku.        


Splątanie czasu
O splątaniu czasu zaczęto mówić kilka tygodni temu, kiedy pociąg relacji Wrocław-Częstochowa dwukrotnie tego samego dnia, w odstępie zaledwie piętnastu minut, wjechał na peron pierwszy stacji Syców Główny. O tym niespotkanym w historii kolejnictwa fakcie poinformował przełożonych dyżurny ruchu Lucjan K., za co nota bene stracił pracę. Przeczytawszy jego list, prezes Polskich Kolei Państwowych wyciągnął bowiem wniosek, że kierownik stacji piszący takie brednie musiał być pijany. Pamiętając zaś o licznych wypadkach spowodowanych przez pracowników kolejnictwa pod wpływem alkoholu, prewencyjnie wysłał go na wcześniejszą emeryturę.
Niestety, niezrozumienie problemu i brak szybkiej reakcji właściwych służb przyczyniły się do tego, że sprawy całkowicie wymknęły się spod kontroli. W prasie coraz częściej zaczęły pojawiać się informacje o przypadkach ludzi w podeszłym wieku, którzy nagle, w przeciągu kilku tygodni, odmłodnieli o kilkadziesiąt lat, a także o dzieciach, które stawały się dorosłe w  parę dni i dzięki temu mogły swobodnie kupować alkohol i uprawiać seks. Co gorsza, ludzie, którzy nauczyli się panować nad czasem, zaczęli nadużywać swojej wiedzy: zakochani przebywający ze sobą potrafili rozciągnąć go tak, że się właściwie nie kończył; cierpiący i chorzy skracać go do minimum, pozbawiając lekarzy i firmy farmaceutyczne dochodów, a lekkoatleci i pływacy ustanawiali niewiarygodne rekordy, przebiegając i przepływając każdy niemal dystans w ułamku sekundy. Doszło do tego, że starożytne powiedzenia: Tempora mutantur et nos mutamur in illis oraz Tempus fugit, aeternitas manet przestały mieć jakiekolwiek znaczenie, co wywołało protesty księży, a także środowisk akademickich, szczególnie profesorów literatury klasycznej.
Ale dopiero kiedy ludzie rzucili się do sklepów, wykupując cały zapas cukru – powołano sztab kryzysowy, który ogłosił stan zagrożenia epidemiologicznego na terenie całego kraju.
Zaraz znaleźli się też tacy, którzy zaczęli głosić, że splątanie czasu może doprowadzić do  całkowitego unicestwienia naszej cywilizacji, czyli końca świata. Przed paniką uchroniło ludzkość opublikowanie w kwartalniku Przegląd Epidemiologiczny pracy genialnego naukowca profesora Wąsa-Wojtackiego. Badania kierowanego przez niego zespołu wykazały bowiem, że ratunkiem może się okazać nalewka usypiająca z wężymorda stepowego (Scorzonera purpurea), powodująca zupełną i trwałą utratę pamięci.
Podobno do laski marszałkowskiej wpłynął projekt ustawy nakazującej natychmiastowe i powszechne szczepienia metodą Wąsa-Wojtackiego. Co prawda, według dobrze poinformowanych źródeł sejmowych niektóre kluby parlamentarne zgłosiły swoje zastrzeżenia ze względu na możliwość wystąpienia skutków ubocznych szczepień. Część polityków jest bowiem przekonana, że mogą one wpłynąć na wyborców, którzy zapominając o tym, co było w przeszłości, zagłosują niewłaściwie.

Póki co, żyjemy w splątanym czasie i czekamy, co nam on przyniesie.


sobota, 3 grudnia 2016

Gdy wieczorem słońce zmęczone upałem
idzie się wykąpać i odpocząć nieco,
anioły wylatują na poszukiwanie tych, którym czas zgęstniał -
bo śmierć mocna jest jak miłość i nigdy nie zdradza.

Anioły nie śpią nocą pełniąc wieczny dyżur,
w ciągu dnia zaś zmęczone wtulają się w kota
lub udają ikonę co wisi nad łóżkiem,
więc modlą się do nich dzieci oraz

płaczą przed nimi starcy.