czwartek, 12 stycznia 2017

Pozwól mi się zachwycić
tym, co słyszę, budząc się rano:
motylem ze skrzydłami anioła,
który cierpliwie trwa przy moim łóżku;
wolnością linii prostej i zniewoleniem okręgu;
zwyczajnym, które stać się ma bliskim;
nowym dniem nowego świata;
wspomnieniem światła
i…
że czwarte przykazanie

każe być poetą.


środa, 11 stycznia 2017

Wigilia

Z okazji Twoich urodzin postanowiłem wydać kolację. Na stół położyłem świeżo wyprasowany biały obrus, pod którym ukryłem źdźbła siana; na obrusie świeczniki,  najlepszą zastawę, jaką miałem, i opłatek. Pod choinką poukładałem prezenty, wśród nich jeden wyjątkowy – dla Ciebie. Pół dnia przyrządzałem Twoje ulubione dania: barszcz z uszkami, karp smażony i kutię.
Kiedy zobaczyłem pierwszą gwiazdkę, zapaliłem świece i, śpiewając rzewne kolędy i wesołe pastorałki, z wypiekami na twarzy czekałem na Twoje przyjście.
Mijały minuty i godziny, a przy moim stole wszystkie miejsca pozostawały puste. Nie przyszedłeś ani Ty, ani zaproszeni goście; nawet żaden samotny wędrowiec nie zapukał do moich drzwi. Zostałem sam, rozmyślając nad tym wieczorem, nad Twoimi urodzinami, nad tym, co nas łączy, i zastanawiałem się, czy jest szansa, abym przyszłą wigilię mógł spędzić z Tobą?
Trwało to długo, tak długo, że znużony zasnąłem z głową na obrusie przesyconym zapachem siana.

Około drugiej na ranem obudziły mnie anioły powracające z Pasterki. Udając, że nic się nie stało, wstałem od stołu, uchyliłem okno, bo nigdy nic nie wiadomo, i… poszedłem spać.

wtorek, 10 stycznia 2017

Przywitania – pożegnania,
a pomiędzy nimi ja –
pełen nadziei, bólów, rozczarowań i…
wierszy,
które umrą zanim się narodzą,
a ponieważ nie potrafią być muzyką,
nie rozróżniają kolorów
i nie wierzą w anioły -
dzień śmierci lepszy dla nich
niż dzień narodzin.

I to przemożne pragnienie,
żeby powróciła
jeszcze raz i…
jeszcze raz –
ta miłość.


niedziela, 8 stycznia 2017

Coś na karnawałowo.

Było to 29 lub 30 grudnia 1999 roku.
Z popołudniowej drzemki wyrwał mnie dzwonek. Wstałem i podszedłem do okna. Przed furtką stał niewysoki człowiek ubrany w skórzaną kurtkę i pilotkę. Twarz jego przesłaniały stare motocyklowe gogle.
– Mam przesyłkę dla profesora Bartona.
– To ja – odpowiedziałem, otwierając zamek.
Kurier podał mi kopertę i kazał podpisać poświadczenie doręczenia.
– O, jaki piękny motocykl – zauważyłem, przyglądając się pojazdowi, na którym przyjechał posłaniec.
– Tak, to prawdziwe cacko: indian Burta Munro, produkowany przez legendarną i dawno nieistniejącą firmę Indian Motorcycle Manufacturing Company. Niewiele ich już zostało – odpowiedział nostalgicznie i odpalił motor. – Do zobaczenia – powiedział, siadając na metalowym siedzeniu przypominającym siodło z naszych polskich snopowiązałek.
– Dziękuję za przesyłkę.
– Nie ma za co – usłyszałem słowa kuriera.
Postałem jeszcze chwilę, patrząc za odjeżdżającym, po którym wkrótce została tylko resztka dymu wydobywającego się z rury wydechowej i cichnący w oddali głos legendarnego jednośladu.
Po powrocie do domu z nieukrywaną ciekawością otworzyłem doręczony mi przed chwilą pakiet. W środku ozdobnej koperty znajdowało się wydrukowane złotymi literami na czerpanym papierze i zwieńczone herbem zaproszenie. Herb przedstawiał drzwi z dwoma pilastrami po bokach, nad nimi skrzyżowane: cyrkiel i ekierka, w środku zaś była duża litera G. Poniżej znajdowało się zaproszenie następującej treści:
„Loża masońska nr 346 w Palo Alto ma zaszczyt zaprosić profesora Lesleya Bartona wraz z towarzyszącymi osobami na Bal Noworoczny, który odbędzie się 31 grudnia 1999 roku w siedzibie Loży przy ulicy 461 Florence St, Palo Alto.
Informujemy, że zarezerwowaliśmy cztery bilety na Pana nazwisko. Cena biletu: 75$.
Obecność można potwierdzić osobiście lub telefonicznie, dzwoniąc pod numer 650 322 0338.”
„Iść, czy nie iść?” – zastanawiałem się. „Samemu jakoś głupio, może by tak zadzwonić do Marka?”.
– Chcielibyście przywitać Nowy Rok w Loży masońskiej?
– No wiesz, muszę porozmawiać z Jolą, ale… Nowy Rok w takim towarzystwie – to brzmi kusząco.
Po mniej więcej dziesięciu minutach Marek oddzwonił:
– OK. Idziemy. Ile masz tych biletów?
– Cztery.
– Możemy zabrać moją siostrę Halinę?
– Dobra, jesteśmy umówieni.
I tak oto, 31 grudnia o godzinie 20:00 staliśmy ubrani w wieczorowe stroje przy wejściu do budynku Loży masońskiej nr 346 przy Florence Street w Palo Alto.
Wnętrze sali, w której odbywał się Bal Noworoczny, przypominał nieco świątynię. Gdzieniegdzie stały złote kolumny o profilowanej bazie, trzonie gęsto żłobkowanym i głowicy w kształcie kosza okolonego rzędami liści akantu, na których umieszczono duże alabastrowe kule. Sala była wyjątkowo jasno oświetlona, co nie przeszkadzało, że na stolikach przykrytych białymi obrusami stały srebrne kandelabry z zapalonymi świecami. Zająwszy miejsce przy stoliku, który wskazała nam przysadzista pani ubrana w różową suknię ozdobioną haftami i frędzlami, zacząłem rozglądać się wokół.
Sala wypełniona była ludźmi ubranymi w stylu lat dwudziestych i trzydziestych. Panie w sukniach ze zwiewnych jedwabi, tiulów  i krepdeszynów, przyozdobionych ciężkimi szlachetnymi kamieniami, perłami czy cekinami, nadającymi  im strojność typową dla epoki art déco. Na ramionach  „wiły się” boa z piór marabutów i strusi. Gdzieniegdzie też dostrzec można było pióra pawie. Moją uwagę przykuła szczególnie jedna kreacja: w sukni, tuż nad linią odcięcia na biodrach, w części środkowej przodu miała ona ażurowe okienko w kształcie wachlarzyka.  Dałbym głowę, że w okienku tym dostrzegłem kolor włosów łonowych właścicielki tejże kreacji.
Panowie w większości ubrani byli w smokingi i fraki, chociaż zdarzały się też garnitury w stylu Ala Capone: dwurzędówki, z podwyższoną talią.
Co dziwne, wszyscy uczestnicy balu – zarówno kobiety, jak i mężczyźni – mieli twarze ukryte pod jednakowymi maskami. Były to maski królików. Spod masek, które miały na sobie kobiety, wystawały brylantowe naszyjniki i kolie, mieniąc się w jasnym świetle. Niestety, to samo jasne światło niedyskretnie zdradzało wiek ich właścicielek.
Poczułem się nieswojo.
– Czyżbyśmy byli najmłodszymi uczestnikami tego balu? – zacząłem zastanawiać się półgłosem.
– Tego na trzeźwo nie da się strawić – spuentował  Marek, który jednocześnie gestem ręki starał się przywołać kelnera.
– Cztery podwójne wódki, bez lodu i bez dodatków – zamówił, kiedy ten zjawił się przy stoliku.
– Czy podać coś do jedzenia? – zapytał grzecznie kelner.
­– Nie, na razie to wystarczy – zakończył Marek.
Podwójne wódki, bez lodu i bez domieszek, okazały się małymi „pięćdziesiątkami”. Podane zaś w wysokich szklankach wyglądały bardzo mizernie.
– Następny raz trzeba będzie zamówić poczwórne – stwierdził Marek.
Zanim jednak zamówiliśmy kolejne drinki, na proscenium znajdującym się po drugiej stronie sali pojawił się zespół muzyczny składający się z trębacza, klarnecisty, gitarzysty, kontrabasisty, pianisty i perkusisty.
Gdy tylko orkiestra zgrała pierwszą melodię In the mood  Glenna Millera wszyscy, ale to wszyscy goście ruszyli na parkiet. Wyglądało to tak, jakby nagle ktoś wpuścił na salę stado królików, które hasało po parkiecie, pobłyskując biżuterią.
Potem orkiestra zagrała słynne Sing, sing, sing  Benny’ego Goodmana oraz kilka nieznanych mi melodii. Wreszcie zabrzmiało: Begin the Beguine i kiedy zapowiedziano piętnaście minut przerwy, „stado” rozpierzchło się do swoich stolików.
Siedzieliśmy jak zaczarowani. Wreszcie milczenie przerwał Marek:
– Nie wiem, jak wy, ale ja muszę się jeszcze napić.
– Panie kelner, cztery razy poczwórną wódkę bez lodu i dodatków – zamówił.
– A teraz  Boogie-Woogie Tommy’ego Dorseya – zapowiedział dyrygent.
– Wszyscy idziemy tańczyć! – zadecydowała Jola.
I tak, nagle znaleźliśmy się pośród stada podrygujących królików, od których bił blask brylantowych kolii, kolczyków i bransoletek. W powietrzu zaś unosił się zapach potu, piżma i naftaliny, pomieszany z perfumami Chanel nr 5.
Po przetańczeniu kilku przebojów z lat dwudziestych i trzydziestych, dopadliśmy stolika, na którym domyślny kelner ustawił kolejna kolejkę poczwórnej wódki bez lodu i dodatków.
Tak dotrwaliśmy do północy i gdy orkiestra zagrała tradycyjną szkocką melodią Auld Lang Syne, wszyscy uczestnicy balu zdjęli maski. Niestety, moje przypuszczenia okazały się słuszne: byliśmy najmłodszymi uczestnikami balu.
Po złożeniu sobie życzeń podeszliśmy do stolika.
– Marek, a pamiętasz, jak śpiewaliśmy na meczach Śląska Wrocław? – zapytałem przyjaciela.
– Oczywiście – odparł.
– To może by tak?... – prowokowałem.
– A wiesz, czemu nie? – odpowiedział.
–  „My nie, my nie, my nie my nie, my nigdy nie poddamy się – Śląsk Wrocław” – wydobyło się nagle z dwóch gardeł wiernych i nieco wstawionych kibiców ukochanego klubu.
Przy trzeciej powtórce do śpiewu przyłączył się dixieland i w ten oto sposób w sali Loży masońskiej nr 346, wśród brylantowych królików, w Palo Alto w Kalifornii, w dniu 1 stycznia 2000 roku przywitaliśmy Nowy Wiek.




­




czwartek, 5 stycznia 2017

Chiromancja
(Jeremiady)

Od czasu, gdy myśl Boga dotknęła mych dłoni
i potrafię nimi chwytać  powietrze i  ziemię,
zrozumiałem, że w nich ukryta jest także moja
przyszłość.

„Widzisz te linie, pierścienie i wzgórza?
Możesz nauczyć się ich
i wiedzieć, co każda oznacza.
Wszystkie są ważne
i żyć bez nich nie można.
Najważniejsza jest jednak linia życia,
która mówi o tym, że…
umrzesz.

To jest linia prawdy”.


wtorek, 3 stycznia 2017

Czy jesteście ciekawi, co przydarzyło mi się w wigilijny wieczór?
Jeśli tak, to posłuchajcie:

Eulogia, czyli jeż szantażysta

Mimo że żadna z Ewangelii tego nie potwierdza, według tradycji chrześcijańskiej przy narodzeniu Jezusa w stajni betlejemskiej obecne były zwierzęta: osioł, wół i owce. Może właśnie dlatego po wieczerzy wigilijnej gospodarz zanosi do obory kolorowy opłatek, aby się nim podzielić z bydłem i w ten sposób je wyróżnić.
Są też tacy, którzy utrzymują, że w tę noc zwierzęta mówią ludzkim głosem. Osioł, wół, owca – to rozumiem, ale jeż?
A właśnie to zwierzę spotkałem w zatłoczonym pociągu relacji Wrocław-Kępno, którym w ostatnią wigilię jechałem do rodzinnego domu, aby uczestniczyć w tradycyjnej wieczerzy.
Jeż siedział po drugiej stronie przedziału i wpatrywał się we mnie swoimi malutkimi, czarnymi oczkami, raz po raz wydając z siebie złowrogie pomruki. W pewnej chwili odsłonił swoje krótkie, białe, ostre zęby, dając do zrozumienia, że jest gotowy ich użyć, jeśli zaistnieje taka potrzeba.
Aby go nie prowokować, starałem się nie patrzeć w jego kierunku, co nie było łatwe, bo jak wspominałem: zajmował miejsce vis-à-vis mojego i, chcąc nie chcąc, mój wzrok raz po raz spoczywał na jego kolczastym futrze, blisko osadzonych oczach i czarnym, przypominającym guzik nosie.
Tuż przed stacją, na której miałem wysiąść, jeż pochylił się w moim kierunku i szepnął protekcjonalnie:
– Chyba musimy porozmawiać. Odprowadzę pana do domu. – I nie czekając na odpowiedź, zaczął wdrapywać się do mojej torby podróżnej.
– To chyba jakieś nieporozumienie. Ja pana nie znam. Poza tym spieszę się na wigilię – próbowałem się bronić.
– Wystarczy, że ja pana znam – odpowiedział, moszcząc sobie gniazdo na moim nowo zakupionym swetrze z niebieskiego kaszmiru.
„No trudno” – pomyślałem – „skoro «musimy»?... Poza tym, to przecież wigilia, więc nie wypada wyrzucać przygodnego gościa, nawet jeśli jest nim gadający jeż”.
Po wyjściu z dworca udałem się w kierunku postoju taksówek.
– To nie będzie konieczne – usłyszałem głos dobywający się z mojej torby. – Lepiej przejdźmy się. Tak mało ostatnio bywam na świeżym powietrzu.
Kiedy weszliśmy na alejkę prowadzącą do miasta, jeż zaczął:
– Sprawa jest prosta. Albo odda mi pan wstęgę Möbiusa i zniknę z pana życia, albo będę musiał zmienić rezerwację kwatery cmentarnej na drugą stronę ulicy Kaliskiej, na którą słońce zagląda bardzo rzadko. A przecież chodzi o wieczność…
– Ale ja nie mam żadnej wstęgi Möbiusa – zacząłem się tłumaczyć. – Nigdy jej nie miałem, nie widziałem i nawet nie wiem, co to takiego.
Jeż chwilę milczał, jakby zastanawiając się nad czymś głęboko, po czym powiedział:

– A, prawda. To przecież dopiero dzisiaj dostanie ją pan w prezencie. Zapomniałem, że was, ludzi, wciąż obowiązują prawa czasu. Wobec tego proszę wypuścić mnie tutaj, koło tego kasztanowca. Życzę miłej wigilii. Spotkamy się ponownie po nowym roku, ale  proszę przynieść ze sobą wstęgę Möbiusa. Mam też nadzieję, że nie zapomni pan eulogii z waszego wigilijnego stołu. Bardzo lubię kolorowe opłatki – powiedział, zagrzebując się w kopcu kasztanowych liści.


niedziela, 1 stycznia 2017

Postanowienia noworoczne          

Spakować:
kilka mądrych myśli wyuczonych na pamięć,
nieco przyjemnych wspomnień
i dwa dobre uczynki, które można spróbować wymienić choćby na najmniejszą monetę wieczności.

Zostawić:                                                                                                                                       
mój brudny cień,
kilka wierszy zapisanych w zeszycie,
kilka przyjemnych wspomnień,
dwa dobre uczynki, które okazały się jednak złymi,
i jedną miłość, o którą dbałem zbyt mało, bo była niepełnosprawna.